25 października 2020
Może i nie jestem architektem, ale co się ma w genach i po drodze wyuczy, wyczuje, wydoświadcza - to moje! Dlatego dziś mogę doradzić, wspomóc, urządzić, opowiedzieć, wyłożyć, napisać i stworzyć wnętrze w klimacie. Czasem wystarczy kilka elementów, które uzupełnią historię, którą się przekazuje. Zatem! Dorzuciłam do sesji modowej Orsay swoje trzy grosze. Tu pamiętamy, że jest to sesja kolekcji i na pierwszym planie mają się wyróżniać ubrania. W sesji bardziej wizerunkowej przestrzeń odgrywa większą rolę, a tutaj ma być po prostu idealnie dopasowanym tłem.
Na zdjęciach zobaczycie plakat, który przywiozłam sobie z Turynu i dałam do oprawienia drużynie Oprawiamy w ramy. Do tego radio nawiązujące do poprzednich epok i fornirowany stolik, wyszperany na OLX. Szyku zadaje też wazon po babci. Spójrzcie, że w ten sposób nowoczesna przestrzeń przyjmuje trochę klimatu przeszłych epok.
Sesja marki ORSAY
fotograf: Łukasz Żyłka
modelka: Patrycja Traczyk
Organizacja: Marta Gruntmejer
Stylizacje: Anna Ciernia
MUA: Magda Majka Lewicka
Ekipie gratuluję zdjęć!
Dodałam też trochę swoich czasopism z dawnych lat, w tym moje ulubione Ty i Ja, które za czasów PRL było doceniane nawet za granicą! A to wszystko za sprawą fantastycznych twórców, m.in. okładek - których autorami byli znani artyści i graficy np. Młodożeniec czy Świerzy. Polska Szkoła Plakatu powinna Wam coś podpowiedzieć ;)
I tak to już jest, kiedy tu na blogu dzieje się mniej, media społecznościowe są bardziej milczące, Mieszkanie w kamienicy nadal jest w ruchu! Tym razem w sesji zdjęciowej Orsay znajdziecie trochę moich dodatków i mebli. Przyłożyłam swoją rękę do wnętrza i mam nadzieję, że to nie był ostatni raz ;)
Jeśli chcielibyście jeszcze popatrzeć na to, jak można aranżować przestrzeń, to zerknijcie na sesję w starej szklarni lub profil Myśli Zebranych - tam wraz z Martą dopieszczamy małe i większe kadry, aby cieszyć oczy i poczcucie estetyki.
(tu akurat moje dłonie, Marta robi zdjęcie - zerknijcie koniecznie, jak pięknie fotografuje!)
Aranżacja - o co zadbać?
Jak już potrzebujecie wsparcia w poszukaniu klimatycznego wnętrza lub jego stworzeniu - oto proszę, stawiam się ja, mój zmysł i umysł. Co można?
- znaleźć mieszkanie z odpowiednim światłem, umeblunkiem,
- sprowadzić choćby z księżyca potrzebne meble, dodatki, kwiaty, obrazki, szkło,
- być na miejscu - tu ułożyć, tam przestawić, tu dołożyć,
- skonsultować, omówić, powiedzieć co trzeba, a co nie.
4 sierpnia 2020
24 sierpnia 2019
Drezno. Niby miasto jakich wiele w Europie. Dotknięte zniszczeniami wojennymi, odbudowywane, próbując nabrać nowej tożsamości po 1945 r. Wreszcie dowód na to, że można. Że miasto kształtuje się wczoraj, dziś i jutro. Przy czym dziś jest często najbardziej decydujące o tym co było wczoraj i będzie jutro.
W tym Dreźnie, pewien człowiek wymyślił sobie, że stworzy najpiękniejszy sklep świata. Nie z perfumami, nie z ubraniami, nie dom handlowy marek luksusowych na miarę Harrodsa. Sklep z serami. Dresdner Molkerei GebrüderPfund.
Oto przed Wami, wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa jako "World's Most Beautiful Milk Shop" - Dresdner Molkerei Gebrüder Pfund.
Calutkie wnętrze od podłóg, przez ściany, do sufitów wyłożone jest kafelkami wyprodukowanymi przez fabrykę Dresdner Steingutfabrik Villeroy & Boch. Prawie 250 metrów kwadratowych! Znajdziecie tam też ogromną umywalkę, żyrandole i oczywiście produkty (nie tylko mleczarskie) do kupienia. Zatem! Obok luksusowego sera nabyć możecie mleczne mydło, którym nie wzgardziłaby taplająca się w mlecznych kąpielach Kleopatra, a także ceramiczne deski z rubensowskimi aniołkami i kartki pocztowe.
Wnętrze zdobią scenki z wiejskiego życia, mnóstwo kolorów z niebieskościami na czele, sporo motywów roślinnych i takich barokowych zdobień.
Poza wrażeniami wizualnymi ciekawa jest historia założyciela sklepu. To geniusz marketingu! Gdyby żył w obecnych czasach pewnie nagradzalibyśmy go lwami w Cannes i mieczami KTR w Warszawie. Otóż Paul Pfund miał 6 krów. Biznes kręciłby mu się całkiem dobrze, ale w transporcie mleko często się psuło. Sprytny przedsiębiorca wymyślił wtem, że przecież owe krowy można doić w witrynie sklepu. Dzięki temu klienci mogli na bieżąco przyglądać się temu, jak świeże mleko jest dostępne w sprzedaży. To się nazywa moi drodzy projektowanie doświadczeń!
![]() |
| Na miejscu można kupić wiele lokalnych przetworów, ale też typowo turystyczne pamiątki - jak pocztówki czy magnesy ;) |
![]() |
| To oryginalna mleczna fontanna, która została odbudowana. |
Potem firma mocno się rozwijała, ja tylko dodam, dla skali tego przedsięwzięcia, że na początku (czyli z końcem XIX wieku) sprzedawali dziennie 150 litrów mleka, a w latach 30. XX wieku było to już 60 tys. litrów dziennie! Jako pierwsi wprowadzili mleko skondensowane i pracowali nad procesem pasteryzacji. Nie wiem, co było oficjalnym powodem, ale w czasach NRD sklep był zamknięty (tak jak w Polsce nie było wsparcia dla przedsiębiorczości indywidualnej...). W latach 90. Dresdner Molkerei Gebrueder Pfund wrócił do spadkobierców rodziny Pfund.
![]() |
| Liczba kafelków może przyprawić o ból głowy! |
Jeśli myślicie, że takie skarby znajdziecie tylko we Włoszech, czy Paryżu... cóż, pozostaje mi powiedzieć - odwiedzajmy mniej popularne kierunki i zachodźmy w dzielnie, które na pozór niczym nie zachęcają. Ciekawość świata zostanie nagrodzona!
Otwarty od 10:00 do 18:00 (w niedziele do 15:00)
ul. Bautzner Str. 79
Drezno
LINK do sklepu tutaj>>
20 maja 2019
Wśród traw i pokrzyw połyskiwały pozłacane łyżeczki i stare lustro, kolorowe wazoniki obfitowały w niedbałe kompozycje kwiatów, a filiżanki z poprzedniej epoki w herbatę. Właściwie wyglądało to wszystko bardziej na dziki piknik niż produkcję sesji, ale niech Was te zdjęcia nie mylą! W opuszczonej szklarni powstała seria fotografii w duchu boho siostrzeństwa. W obiektywie Marty Gutsche znalazły się oczywiście modelki, ale też i rzeczy. Przyłożyłam do nich swoje aranżacyjne dłonie i myśli. To o nich będzie mowa!
Opuszczona szklarnia
Stara, opuszczona szklarnia, skryta przed oczami codziennych przechodniów, to taki tajemniczy ogród, do którego każdy z nas już w dzieciństwie chciał mieć klucze. A kiedy nadarzyła się okazja, by do takiej przestrzeni zawitać, w dodatku z super zadaniem - aranżacji przestrzeni - nie mogłam sobie tego odmówić. I tak pewnego słonecznego dnia wyruszyliśmy do jednej z miejscowości na Dolnym Śląsku. Starą szklarnię wypełniliśmy nie tylko śmiechem, pracowitością, pasją i dobrą energią, ale też, a może przede wszystkim, przedmiotami z historiami. Kiedy rozmyślałam o tym, jak przekazać Wam tutaj idee, które przyświecają gromadzeniu tych wszystkich rzeczy i komponowaniu ich (nie tylko na sesjach), doszłam do wniosku, że właściwie to Marcin Wicha napisał wszystko to, co sama chciałabym powiedzieć.
"Moja matka uwielbiała zakupy. (...) Kupowali z ojcem niepotrzebne drobne przedmioty. Imbryczki. Scyzoryki. Lampy. Automatyczne ołówki. Latarki. Nadmuchiwane podgłówki, pojemne kosmetyczki i różne pomysłowe gadżety, które mogą się przydać w podróży. Było to dziwne, ponieważ nigdzie się nie wybierali.
Potrafili wędrować przez pół miasta w poszukiwaniu ulubionego gatunku herbaty lub nowej powieści Martina Amisa.
Mieli ulubione księgarnie. Ulubione sklepy z zabawkami. Ulubione punkty napraw. Zawierali przyjaźnie z różnymi - zawsze bardzo, bardzo miłymi - ludźmi. (...)
Każdemu nabytkowi towarzyszył rytuał. Zauważali jakiś nadzwyczajny egzemplarz - w sklepie z używanymi lampani, gdzie urzędował Pan od lamp, bardzo sympatyczny obywatel - żeby użyć dziarskiego określenia mojego ojca. Oglądali. (...) Przez kolejne dni rozmawiali o tej niedostępnej lampie. Zastanawiali się, gdzie ją ustawić. (...) Lampa żyła z nimi. Stawała się częścią gospodarstwa."
Marcin Wicha: Rzeczy, których nie wyrzuciłem
Tak rzeczy do sesji układały się w rytm melodii Pearl in Sandbox Juniusa Meyvanta, bursztynowej poświecie słońca i sepii cienia oraz zapachu pokrzywy. Ta atmosfera skłoniła mnie do refleksji nad przedmiotem, z tym większą przyjemnością, że opatrzoną takimi fotografiami.
Btw: pisząc ten tekst słucham na zmianę Foo Fighters i Beiruta... Hmmm :D
Dekoracje
Dekoracje to coś więcej niż dekoracje. One często kojarzą się z czymś zbędnym, co przeszkadza, co nie każdemu się podoba. A tu są kandelabry po babci, lustro z jednej z pierwszych wypraw na targ staroci, filiżanki, z których popijamy kawę nagrywając podcasty, ubrania wyprodukowane w etyczny i transparentny sposób. To nasze doświadczenia i wspomnienia - jedne z odległą historią, inne całkiem świeże. Otaczające nas przedmioty o nas świadczą, pokazują nasze podejście do życia, mówią, jakie są nasze wartości. Od tego nie uciekniemy. To nie jest kwestia ceny.
O rzeczach z drugiej ręki opowiadam w podkaście:
Jeżeli zwierciadło (musicie wybaczyć, ale temat aż się prosi o użycie wielu rzadko spotkanych słów i metafor :D) z bazaru staroci kosztuje 60 zł, tyle samo może wynosić cena nowiutkiego ze sklepu sieciowego. I być może w mniejszej miejscowości lusterka od lokalnego szklarza. Tu jednak wiele rzeczy zależy. Od materiału, czasu wykonania, tego co wydaje się nam atrakcyjne. Podkreślam - wydaje się nam atrakcyjne. Bo akurat jestem po tej stronie barykady, która uważa, że o gustach trzeba dyskutować. Tylko, że
Łatwo nam mówić: szmelc robią, rzeczy się psują (no hej, wiadomo, przecież im szybciej będziesz potrzebować nowego czajnika czy sukienki, tym lepiej). Ale TO NASZ WYBÓR. Sami kupujemy marnej jakości płaszcz "wełniany" (20% wełny niewiadomego pochodzenia, 80% poliester), paździerzowaty stolik, któremu krótko po zakupie odpadają nogi, wybieramy sztuczne pomidory bez zapachu i z datą przydatności do spożycia w nienaruszonym stanie nawet miesiąc. A tu hop, wkradają się odpowiedzialność i świadomość: takie dwie gościówki, których nie chcemy spotkać ani w ciemnym zaułku, ani jasnym apartamencie z widokiem na rzekę. A do tego jeszcze wrażliwość! I koniec. Nie chcemy się zastanawiać, czekać, szukać. Chcemy wyrzucać i wstawiać nowe (choć niektóre nowe ma sens i nawet czegoś nas uczy).
Tożsamość rzeczy
Jak we wszystkim, umiar ma sens. Balans między porywem serca, a praktycznym walorem. Ja cały czas uczę się być bardziej świadoma względem środowiska i trafnych wyborów. Stąd z vintage rzeczami jest mi po drodze. Poza tym, że przedmiot ma swoją historię, to wpadając w nasze ręce dostaje nowe życie. I może tych żyć ma więcej niż kot. Deyan Sudjic w "Języku rzeczy" pokazuje, że ich naturę tworzymy też my. I tak jest z kamienicami, o czym pisałam w recenzji książki Joanny Mielewczyk (tutaj>> ją znajdziecie). Te wrocławskie dotknięte wielonarodowymi pociskami przeszły wiele. I o tym opowiada każdy ślad po kuli na Barlickiego, peerelowski blok postawiony na gruzach przy Drukarskiej, odbudowane kamienice na Białoskórniczej i te wyremontowane na Ołbinie, w pobliżu Politechniki czy na Nadodrzu. A w nich - przedmioty - te pozostawione przez poprzednich mieszkańców, te przywiezione z innej części Polski lub Lwowa, pamiątki rodzinne, wreszcie - wyszperane na starociach i wstawione zupełnie nowe, prosto z salonu.
Słowem końcowym powiem tylko, bądźmy egoistami. Wybierajmy dla siebie najlepsze. Czasem będą to wyszperane na śmietniku fotele, innym razem filiżanki Villeroy&Boch z targu staroci, unikatowa biżuteria od złotnika, a czasem dzieło współczesnego artysty.
Przedmiotami opowiadamy własną historię, przedstawiamy się i dbamy o własne samopoczucie. Bycie dobrym dla siebie to bycie dobrym dla rzeczy. Tygrysiej narzutki, lampy misia Haribo, fornirowego biurka i jedwabnej koszuli z babcinej garderoby.
Polecam lektury o zmianie sposobu patrzenia na rzeczy:
- Marcin Wicha: Rzeczy, których nie wyrzuciłem
- Marcin Wicha: Jak przestałem kochać design
- Deyan Sudjic: Język rzeczy
- Cezary Łazarkiewicz: Sześć pięter luksusu
- Aleksandra Boćkowska: Księżyc z Peweksu
- Aleksandra Boćkowska: To nie są moje wielbłądy
- Joanna Mruk: Moda kobieca w okupowanej Polsce
Twórcy sesji w opuszczonej szklarni
12 maja 2019
Z pałacami na Dolnym Śląsku bywa różnie, często mają się źle. Koszt i czas ich renowacji, sam pomysł na wykorzystanie przestrzeni przerastają inwestorów. Od kilku lat Uniwersytet Wrocławski próbował sprzedać Pałac Wallenberg - Pachaly i w końcu znalazł się kupiec. Chodźcie obejrzeć wnętrza Pałacu, normalnie tam tak z ulicy wejść nie można!
Langhans - architekt Prus i Niemiec
Jest taka rodzina, dzięki której zyskaliśmy kilka pocztówkowych wręcz widoków! Począwszy od Bramy Brandenburskiej, a skończywszy na Operze Wrocławskiej i Synagodze pod Białym Bocianem. Pałac Wallenberg-Pachaly to budynek zaprojektowany przez Carla Gottharda Langhansa i jego syna - Carla Ferdinanda Langhansa w XVIII wieku. Ich prace można obejrzeć też w mniejszych miastach Dolnego Śląska, takich jak Brzeg, Jelenia Góra czy Dzierżoniów.
Pałac Wallenberg-Pachaly we Wrocławiu
Jego budowę rozpoczęto w 1785 r., zakończono w 1787 przy ówczesnym końskim targu. Był przebudowywany, a najważniejszych zmian dokonano w 1810 r. Okazały klasycystyczny Pałac Wallenberg-Pachaly służył zarówno funkcjom mieszkalnym, jak i użytkowym. Parter był przestrzenią przedsiębiorstwa bankowo-handlowego. Znajdowały się tam kantor oraz ogromna sień, do której wjeżdżały wozy z towarami. Na piętrze mieszkała rodzina Gideona von Wallenberg-Pachaly'ego.
Co wyjątkowe w przypadku Wrocławia, II Wojna Światowa właściwie nie uszkodziła Pałacu w żaden sposób, ani z zewnątrz, ani wewnątrz. Zaadaptowano go później dla potrzeb biblioteki, a dokładniej opracowywania zbiorów i administracji. Przez kilka lat Uniwerstet Wrocławski starał się sprzedać Pałac, ale długo nie było chętnych. Aż tu nagle zwrot akcji. Kilka dni temu pojawiła się w mediach informacja, że nowym właścicielem została krakowska firma GEO. Za 14,7 mln złotych! Według planu zagospodarowania przestrzennego to miejsce można dedykować mieszkaniu lub usługom o wysokim standardzie.
Tutaj znajdziecie stare fotografie budynku.
Zdjęcia w Pałacu miałam okazję zrobić w trakcie zwiedzania w ramach Przeglądu Sztuki Survival w ubiegłym roku.










































































