Mieszkanie fotografki i projektanta lamp Baaura | wrocławskie kamienice

Chodźcie do kolorowego świata Anety i Bartka, którzy stoją za marką Baaura – barwnymi lampami. Zabieram Was w sentymentalną podróż – pokażę kilka kadrów z ich byłego już mieszkania. Zatopimy się w twórczą rozmowę o projektowaniu. Bo każdy dom czy mieszkanie, nieważne pod jakim adresem, tworzą ludzie. 




Kasia: Zacznę standardowo: skąd u Was pomysł na mieszkanie w kamienicy? 

Aneta: Na Nadodrzu mieszkałam od dziesiątego roku życia. Tu, wśród kamienic. I jestem do nich przywiązana. Uwielbiam wysokość, klimat, który się tutaj roztacza. Śródmieście jest super, nie tylko pod kątem uroków samej architektury, ale też wszystkich lokali usługowych, małych sklepiczków, warzywniaczków.


Bartek: Ja z kolei pochodzę z małej miejscowości. Kamienic było tam niewiele. Mój rodzinny dom to był domek jednorodzinny, a za oknem miałem głównie zieleń. I chyba właśnie dlatego naturalnie ciągnęło mnie do miasta, do tego, żeby oprócz zieleni był też ruch, życie, jakiś ferment. Bardzo odpowiada mi tkanka miejska.
Ta ulica jest pod tym względem idealna. Nie ma tu bezpośredniego, uciążliwego ruchu, ale czuć miasto. Jest więc ta energia, ale bez hałasu. To połączenie bardzo mi pasuje.


Aneta: Dodatkowym atutem tego mieszkania jest sama przestrzeń przed oknami. Nic nie stoi bezpośrednio naprzeciwko, jest oddech, perspektywa. 
Widać tylko część zajezdni. Właśnie to, że przed budynkiem nic nie stoi, było kluczowe przy wyborze mieszkania. Wcześniej mieszkaliśmy w kamienicy, gdzie vis-à-vis była kolejna kamienica i to nie było przyjemne. Widok na niebo i trochę drzew właściwie w centrum miasta jest rzadkością. Dzielnica jest gęsto zabudowana, więc tym bardziej doceniamy to, że tutaj się udało. Do tego jest zaskakująco cicho.




Kasia: Czy zwracaliście uwagę na coś jeszcze przy zakupie mieszkania?


Aneta: Tak. Ja, trochę jak stara, doświadczona lokatorka, zapytałam wprost, czy ktoś pali na klatce. Porozmawiałam też z panią sprzątającą, czy sąsiedzi są w porządku. Klatka była jeszcze przed remontem i nie wyglądała najlepiej, a ja wcześniej mieszkałam w miejscu, gdzie było dość mrocznie, dużo się działo, były nieprzyjemne zapachy. Zależało nam, żeby nie trafić w takie sąsiedztwo.

Zrobiliśmy więc mały wywiad i okazało się, że trafiliśmy świetnie. Klatka została wyremontowana, sąsiedzi dbają o wspólną przestrzeń, wszyscy są zgodni co do planów remontowych. Naprawdę fajnie się tu żyje.


Kasia: Kluczem do dobrego sąsiedztwa są ludzie.


Aneta: Tak. Bardzo istotne jest to poczucie, że miejsce, w którym się mieszka, jest „nasze”. Tam, gdzie dominuje zabudowa komunalna, ludzie często nie czują potrzeby dbania o przestrzeń, bo to nie jest ich, bo może zaraz się wyprowadzą, bo tylko wynajmują. I wtedy zaczynają się problemy.
U nas sytuacja wygląda inaczej, jest dużo wykupionych mieszkań i to robi ogromną różnicę. Do tego dochodzą w porządku ludzie, którzy nawzajem się napędzają i chcą dbać o wspólną przestrzeń. To wydaje mi się zupełnie naturalne: jeśli ktoś ma odpowiednie warunki i nie zmaga się z poważnymi problemami, to dbanie o swoje otoczenie jest czymś oczywistym. 


Kasia: A powiedzcie, czy jest coś czego Wam tu brakowało? Gdzie poszliście na kompromis?


Aneta: Nie, główne założenia zostały spełnione i właśnie dlatego kupiliśmy to mieszkanie. I na początku niczego nie brakowało. Przestrzeń w zupełności nam wystarczała i nie było potrzeby żadnych większych zmian.
Wydawało się, że 88 m² wystarczy dla trzyosobowej rodziny. I rzeczywiście, to całkiem sporo. Ale później Bartek zaczął produkować lampy w domu, a to stało się uciążliwe. Wtedy zaczęliśmy szukać czegoś większego - potrzebny był dodatkowy pokój na pracownię albo nawet osobne pomieszczenie. 




Kasia: Opowiedzcie więcej o twórczości Bartka. Skąd pomysł na lampy i taką technikę?


Bartek: Zacznę od tego, że jestem po fotografii. A światłem fascynowałem się już od dzieciństwa: od latarek po różne inne źródła światła. Później pracowałem też jako oświetlacz na planie filmowym, więc barwa i światło były mi bardzo bliskie. Równolegle interesowały mnie formy i wizualnie ciekawe kształty, więc to połączenie przyszło w naturalny sposób.
Na początku próbowałem różnych rozwiązań. Bardzo pociągała mnie lekkość formy oraz to, żeby była ona możliwa do wykonania samodzielnie, w domowych warunkach. Zależało mi na tym, żeby lampy nie były ciężkie. Ani fizycznie, ani wizualnie, tylko miały lekką konstrukcję i dawały pole do zabawy formą.


W pewnym momencie przypomniałem sobie lampę, którą kiedyś miała moja ciocia na klatce schodowej. Było to ciekawe połączenie plastiku - tworzywa sztucznego pleksi, z żyłkami. Pomyślałem, że to idealny materiał do tego, co chcę zrobić: pleksi występuje w różnych wybarwieniach, żyłki również mogą być wielokolorowe, więc daje to ogromne możliwości kombinacji i zestawień. I tak zacząłem dalej eksplorować ten temat. Okazało się też, że firma, która wyprodukowała tamtą lampę, tworzyła inne modele, w różnych formach.




Kasia:  Klimat retro to było moje pierwsze skojarzenie.


Bartek: I tu zaiskrzyło po raz drugi, bo od dawna fascynują mnie lata 50., 60. i 70., estetyka space age oraz różnego rodzaju kosmiczne, futurystyczne kształty. Ale nie tylko. Blisko mi również do natury, form kwiatowych i roślinnych. To niesamowite bogactwo inspiracji, z którego można czerpać bez końca.


Pomyślałem, że spróbuję zrobić coś własnego: zachować ideę formy i materiału, ale tchnąć w nią swojego ducha. Bo o ile sama forma i żyłki były interesujące, to brakowało mi większej trójwymiarowości i bardziej wyraźnej geometrii. W oryginałach było sporo chaosu i intensywnej kolorystyki, a mi zależało, aby ją zachować, ale dodać więcej struktury.




Kasia: No właśnie – kolorystyka. Domyślam się, że nie jest przypadkowa. Jak ją dobierasz? Czy można poprosić o lampę w indywidualnie wybranych odcieniach?


Bartek: Ograniczenia tak naprawdę są tylko w dostępności kolorów w materiale. Ja mam przemyślenia odnośnie kolorów i łączenia ich ze sobą, które wynikają nie tylko z tego, co mi się podoba, ale też tego, jak one pracują ze stelażem. Używając tych samych żyłek przy jasnym i przy ciemnym, inaczej je zaplatam. Musi być spójnie, nie drażnić oka.
Dlatego mam swoje wzory, ale jestem otwarty inne połączenia.




Kasia: A co jest największym wyzwaniem w tworzeniu lamp Baaura?


Bartek: W projektowaniu - złagodzić formę. Tak, żeby właśnie była fajna pod względem nie tylko wizualnym, ale też użytkowym.
Od początku wiedziałem, że tworzywo, jak wszystko, z czasem zbiera kurz. Dlatego zależało mi na tym, żeby nie było tak, że oddaję komuś produkt i później zostawiam go samego z problemem czyszczenia. Chciałem zaprojektować formę w taki sposób, żeby był do niej sensowny dostęp i żeby lampę dało się w miarę łatwo wyczyścić.


Wygląda na to, że w przypadku tej wersji z tworzyw lampę można nawet umyć w zmywarce. To tworzywo bez problemu wytrzymuje temperaturę do 90°C. Oczywiście pozostaje kwestia wielkości samej zmywarki, ale sprawdzałem to także na standardowych detergentach, nie jakichś wyjątkowo delikatnych. Sama pleksi przeszła te testy bez żadnych zmian — nic się z nią nie dzieje, pięknie „schodzi” i wygląda jak nowa. 


Oczywiście na co dzień wystarczy delikatne czyszczenie z kurzu, ale kluczowe było dla mnie to, żeby w ogóle istniał dostęp do wnętrza formy. Stąd też decyzje dotyczące geometrii i samej konstrukcji — tak, aby żyłki się nie deformowały. Wcześniej stosowałem gęstsze oploty i w momencie, gdy ktoś dotknął żyłek, potrafiły się one przestawić, tworząc nieestetyczne „wyrwy” w strukturze.
Teraz jest to rozwiązane inaczej: zastosowałem odpowiednie przerwy i podziały, dzięki którym forma trzyma się stabilnie, a całość jest dużo bardziej odporna na użytkowanie.


Kasia: Funkcjonalność to jedno, ale powiedz, co dla Ciebie jest twórcze?


Bartek: Generalnie lubię budować nastrój i klimat. Światło i to, w jaki sposób się rozchodzi. Ma ogromną moc: potrafi stworzyć aurę, wprowadzić emocje, całkowicie zmienić przestrzeń. To jest dla mnie niezwykle inspirujące i w pewnym momencie przestaje już chodzić wyłącznie o samą formę.
Projektując te lampy, bardzo mocno myślę o tym, żeby one nie tylko dobrze wyglądały za dnia i wieczorem, ale przede wszystkim żeby konkretnie świeciły. Zależy mi na tym, aby dawały różne, ciekawe efekty — na ścianach, w przestrzeni — żeby światło pracowało i żeby lampa „żyła”. To właśnie najbardziej mnie napędza: zastanawianie się, jak z danej formy wydobyć jak najwięcej takich smaczków.


Mam wrażenie, że wielu producentów lamp traktuje ten aspekt trochę po macoszemu. Wypuszczają oprawę, a potem mówią: „idź do marketu i kup sobie mleczną żarówkę”. I na tym koniec. U mnie jest odwrotnie. Ja wręcz mówię swoim klientom: proszę, nie wkręcajcie mlecznej żarówki. Dołączam do lampy instrukcję i jasno tłumaczę, że ostrzejsze, bardziej kierunkowe światło da znacznie więcej efektów, więcej „smaku” na ścianach i w przestrzeni.




Kasia: Jak już o twórczości mowa, to zatrzymajmy się na chwilę przy Waszej witrynce. Mnóstwo w niej skarbów i pokazują Wasze nietypowe spojrzenia na świat.


Bartek: Inspirują mnie nawet zupełnie niepozorne rzeczy: na przykład jakiś dziwny kawałek korzenia znaleziony na plaży. Ja się tym naprawdę jaram. Wystarczy, że coś zobaczę, a od razu zaczyna pracować głowa: co można z tym zrobić, jak to przerobić, coś dodać, coś zmienić. Czy to mógłby być stolik, lampa, a może element do zawieszenia roślin? Bo takie obiekty również chciałbym tworzyć.
To wszystko składa się na mój sposób myślenia o projektowaniu. Moja „biblioteka” inspiracji nie jest zbudowana z książek, to raczej zbiór namacalnych rzeczy. Chodzi o dostrzeganie potencjału w czymś, co na pierwszy rzut oka może wydawać się niedostrzegalne: w pojedynczych egzemplarzach, przypadkowych znaleziskach, czasem dziwnych formach.


Myślę, że to w dużej mierze efekt lat obcowania z różnymi materiałami, pracy w różnych kontekstach i mierzenia się z rozmaitymi wyzwaniami zawodowymi. Z czasem człowiek nabiera uważności i zaczyna instynktownie szukać sensu, formy i możliwości nawet w najbardziej nieoczywistych rzeczach.


Aneta: Bartek ma, moim zdaniem, wyjątkowy umysł. Taką szczególną „głowę” do konstruowania. Ja na przykład nie potrafię zobaczyć przestrzeni ukrytej w przedmiocie. On mówi: „zobacz, to będzie wyglądało tak i tak”, a ja tego po prostu nie widzę. 
Mogą mi się podobać różne obiekty, potrafię je ustawić w przestrzeni, żeby było przytulniej, żeby coś ładnie zaakcentować, ale nie umiem konstruować tak jak Bartek. On potrafi zbudować coś od podstaw, a kiedy coś się zepsuje, przerobić to tak, że działa lepiej niż u producenta.




Kasia: Wydaje mi się, że Ty jednak też szukasz wyjątkowości w rzeczach i widzisz w nich więcej. Patrzę na Twoją stylówkę z haftowanymi jeansami i nie jest ona przypadkowa. 


Aneta: To jest raczej kwestia otaczania się przedmiotami z duszą. Mam bardzo mało nowych rzeczy – tylko bielizna właściwie. Wiele rzeczy, które mamy w domu, nawet lodówkę czy inne sprzęty AGD pochodzą również z drugiej ręki. Ludzie zazwyczaj kupują nowe, a my staramy się je raczej „uratować”. Przede wszystkim chodzi o to, żeby nie wyrzucać rzeczy, które wciąż mogą mieć drugie życie. Czasem jest tak, że gdzieś idziemy, coś widzimy i od razu mówimy: bierzemy to, bo nie chcemy, żeby za chwilę wylądowało na wysypisku śmieci.


Większość rzeczy w tym domu: ubrania, przedmioty, ceramika, talerze, to są rzeczy z odzysku. Dywan akurat jest nowy, ale poza tym spokojnie 90 procent wyposażenia przeżywa swoje drugie życie w naszym mieszkaniu w kamienicy. Kiedyś często chodziliśmy na pchle targi, na Młyn. To były początki, kiedy to mieszkanie było jeszcze zupełnie puste i wszystko się dopiero rodziło.




Kasia: Widać, że czujecie design. Czy poza miłością do rzeczy z drugiej ręki, są jakieś marki, które szczególnie cenicie? 


Bartek: Jeśli chodzi o lampy, to na pewno warto wspomnieć o wrocławskiej marce Rodin: to architekci, którzy tworzą niesamowite rzeczy. Skupują szkło na targach staroci, a potem z tych elementów budują zupełnie nowe lampy. To jest świetne, bo w tych obiektach zamyka się historia materiału, ale w nowej formie. Bardzo mnie to zachwyciło i ich projekty naprawdę są mi bliskie.
Inspirują mnie też lampy Staszka z Warszawy. On pracuje z drukiem 3D i robi naprawdę świetne rzeczy. Forma zrobiła na mnie ogromne wrażenie, bo mimo wykorzystania nowej technologii czuć tam zupełnie innego ducha, ręczną pracę, dużo zabawy formą i prawdziwy kunszt.




Mam wrażenie, że przez wiele lat design był strasznie poważny, bezpieczny, wręcz sztywny. A mnie brakuje lekkości, frywolności, tej energii lat 70., ale nie tylko w samym designie.


Wystarczy spojrzeć na muzykę czy film. Kiedyś dziwne dźwięki, akordeonowe motywy, pastisze i parodie potrafiły stać się mainstreamem. Dziś mam wrażenie, że wiele z tych rzeczy zostało gdzieś zamkniętych w szafach. A przecież to są fantastyczne formy ekspresji. Design, podobnie jak muzyka, jest do zabawy. Czemu więc z tego nie korzystać?


Kasia: A powiedz jak myślisz, dlaczego zatraciliśmy tą chęć zabawy? Były kolorowe lata dziewięćdziesiąte, w których my – jako społeczeństwo - się trochę zachłysnęliśmy tymi nowinkami z Zachodu. Jak to się stało, że potem staliśmy się taką szarą, beżową plamą? 


Bartek: Nie wiem dlaczego, ale przez długi czas było to widać właściwie wszędzie. Wystarczy spojrzeć na samochody z początku lat dwutysięcznych. Bardzo trudno znaleźć coś naprawdę charakterystycznego, zjawiskowego. W pewnym momencie wszystko zrobiło się nijakie. Oczywiście istniały jakieś trendy, narzucone gdzieś z góry, które potem były po prostu powielane. Mam jednak wrażenie, że nie zawsze były one naprawdę „czute” przez odbiorców.


Teraz znowu wracamy do koloru i do zabawy formą. Skąd to się wzięło? Być może wcześniej, niekoniecznie u nas, ale gdzieś indziej, tej zabawy było już bardzo dużo i potrzebny był moment wyciszenia, stonowania, taki oddech. Może to był po prostu etap uspokojenia.


Człowiek cały czas się zmienia, chce iść do przodu, więc naturalnie odcina się od tego, co było wcześniej. Zwłaszcza, jeśli dany temat jest już przesycony. To może być forma zerwania z przeszłością.





Kasia: Historia zatacza koło.


Bartek: Ludzie, którzy w młodości mieli w swoim życiu dużo zabawy, koloru, swobody, nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy nie wszystko było „idealne”, bardzo często wspominają ten czas jako najfajniejszy okres. A potem dorastają, zmieniają się, kończą edukację, zaczynają tworzyć, produkować, mają dzieci. I w pewnym momencie, być może przy okazji kryzysu wieku średniego, wraca myśl: „kurczę, kiedyś coś mnie naprawdę jarało, czy to dalej działa?”. Może chcą to sprawdzić, a może pokazać to swoim dzieciom.


Mija jakieś trzydzieści lat i następuje pewne sprzężenie zwrotne. Oczywiście nie wszystko wraca. Niektóre rzeczy zostają tam, gdzie ich miejsce. Ale część estetyk, form i emocji po prostu powraca, tylko w nowej odsłonie.




Kasia: Na koniec wróćmy jeszcze do Nadodrza, Waszej okolicy i Wrocławia. 


Aneta: Z wiekiem perspektywa się zmienia. Kiedy się tu przeprowadzaliśmy, nie mieliśmy jeszcze dziecka, dużo częściej korzystaliśmy z miasta: rynek, koncerty, teatr: wszystko było na wyciągnięcie ręki. Teraz jest inaczej. Staś jest jeszcze na tyle mały, że nie zostawiamy go samego, więc wspólne wyjścia są rzadsze. 


Ja mieszkam w tej dzielnicy praktycznie od dziesiątego roku życia, mam dziś 42 lata i naprawdę widzę ogromną zmianę. Często mówi się o rewitalizacji dzielnicy, o tym, że staje się artystyczna i to nie są puste hasła. To się faktycznie wydarzyło. Ta okolica wygląda lepiej i lepiej funkcjonuje.
To nie jest tylko kwestia tego, że powstały dwa czy trzy nowe sklepy albo restauracje. Zmienili się też ludzie, którzy tu mieszkają. I to jest fajne uczucie. Idziesz ulicą i widzisz osoby podobne do siebie, choćby po sposobie ubierania się. Można się uśmiechnąć, skinąć głową, bo widzisz kogoś regularnie. Może się nie znacie, ale znacie się z widzenia.


To daje takie poczucie wspólnoty. Wrocław w ogóle jest na tyle „małym” miastem, że wiele osób gdzieś się ze sobą przecięło. Jest w tym coś bardzo przyjemnego. Poczucie, że to jest moje miasto, że czuję się tu swobodnie. I mam wrażenie, że także dla wielu osób przyjezdnych Wrocław szybko staje się właśnie takim miejscem.


Kasia: A jakie są Wasze ulubione miejsca?


Aneta: Park Tołpy! Mały, ale jednocześnie absolutnie przecudny. Często przychodzę tam po odprowadzeniu syna do szkoły, z psem. Wchodzę na tę mikro-górkę i nagle mam wrażenie, że jestem w zupełnie innym świecie: jakieś małe „zamczysko”, fontanna… niby nic wielkiego, a jednak robi klimat. No i ta roślinność. Uwielbiam tam wchodzić, złapać oddech.
To jest taki moment, kiedy emocje opadają (a przy porannym wyjściu jest ich zawsze sporo). Wystarczy pięć minut na ławce, żeby wszystko się poukładało. To naprawdę robi robotę.


Takich smaczków w okolicy jest więcej. Na przykład niedaleko, przy ulicy Długiej (choć nie bywamy tam bardzo często) są działki, a wśród nich taki mały płaskowyż. Wchodzi się tam i nagle otwiera się panorama całego miasta. To miejsce jest trochę zapomniane.


Kasia: A kawiarnie? Lokalne restauracje, które lubicie odwiedzać?


Aneta: Rozrusznik! Jedna z pierwszych alternatywnych kawiarni. Do tego pizzeria Ogień, Pizza Pany… no i oczywiście bary mleczne.
Jest też takie mniejsze miejsce, o którym jeszcze nie wspomniałam, a które jest absolutnie cudowne: Julciach. To fryzjer połączony z małym sklepikiem vintage. Można tam upolować ubrania, porcelanę, plakaty, biżuterię od wrocławskich twórców; naprawdę warto zajrzeć.
W ogóle ulica Pomorska ma sporo takich perełek. Bardzo ją lubię i często tam zaglądam.




Choć Aneta i Bartek zmienili adres zamieszkania i urządzają się na Sępolnie, to porozmawialiśmy i zrobiliśmy te zdjęcia na pamiątkę – tego życia, które tu się toczyło. A teraz cztery kąty na Nadodrzu są już w innych, z tego co słyszałam, również twórczych rękach, a to tylko dowodzi temu, że kamienice przyciągają wyjątkowych ludzi. 



ANETA
Twórczyni foto i video, z pasją do detali i miłością do rzeczy z drugiej ręki. Wie, czym żyją social media i dba o wizerunek Baaura w sieci (i nie tylko).
IG Anety: https://www.instagram.com/anetalisphotography/ 


BARTEK
Człowiek, który oświetlenie ma w jednym palcu! Założyciel i projektant marki Baaura. Ręcznie zaplata każdą lampę. W wolnym czasie kolekcjonuje wyjątkowe przedmioty.


BAAURA
Wrocławska marka z sentymentem do PRL-u. Ręcznie plecione lampy, które estetyką przywołują lata 60. i 70. w nowej formie. Wyróżniona MUST HAVE 2025 Łódź Design Festival oraz w jubileuszowej wystawie z okazji 25-lecia Elle Decoration.
https://baaura.com/ 
IG: https://www.instagram.com/baaura_/


Prześlij komentarz

Instagram

Mieszkanie w kamienicy. Theme by STS.